Showing posts with label travelling. Show all posts
Showing posts with label travelling. Show all posts

5 May 2014

Film roll #1...


Here goes unique, one of its kind in the world, wonderful film roll! After several months of quarantine today night my hands took the envelope with photos and I decided to warm myself up looking through those photos...Yes, still Corsica...
 
 Oto przed wami niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju rolka filmu! Po kilkumiesięcznej kwarantannie, dzisiaj w nocy postanowiłam ją wyciągnąć i ogrzać się patrząc na zdjęcia. Tak, jeszcze z Korsyki...

If there are people who also need summer and sun rays- use the opportunity and learn how to eat with your eyes...

Jeśli są na ziemi ludzie, którzy też tęsknią za wakacjami i promieniami słońca, korzystajcie z okazji i nauczcie się jeść oczami...






4 December 2013

Going back to Rome...


During weekend when I was rummaging in my room in order to find some forgotten things, I came across some photos that I never shared with you. Have I ever told you that I am in permanent love with analog photography? Besides the stunning look of old cameras (they takes a lot place on my shelf above my bed, from wonderful Praktica to common Smena) the photos you can take with them always have a special atmosphere (no, I am not jealous about wonderful digital cameras/DSLR...). The ones that I present here were taken during my trip to Italy (will the fact that I threw a cent into Trevi fountain help me to come back to Rome?). The first one is taken by my sister with her Zenith (as you see we have some things in common...) and the others are NOT defective. They are just taken by my small Diana Mini, lomography camera that plucks the film very often and is just simply NOT perfect, made for playing with lomograpfy (what in fact you can do with any of analog cameras, or even in more modern way- using Instagram, but with special, small, pink/orange camera it is more `IT`...), what doesn`t mean that it doesn`t have it`s special charm...

Podczas weekendu przegrzebywałam swój pokój w poszukiwaniu paru zapomnianych rzeczy i przez
przypadek natrafiłam na starą wywołaną kliszę, ze zdjęciami, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Nie wiem czy już wspominałam wcześniej o moim romansie z analogowymi aparatami, miłościami mojego życia, nie tylko dlatego, że świetnie wyglądają (a zajmują spory kawałek mojej półki, od cudownego aparatu `Praktica` po zwykłą `Smenę`), ale sprawiają, że zdjęcia mają specyficzny klimat, którego żaden cyfrowy aparat nie uchwyci (nie, wcale nie zazdroszczę nikomu posiadania lustrzanki). Te, które wam prezentuję są zrobione podczas wakacji we Włoszech (czy jest możliwość, że wrzucenie centa do Fontanny di Trevi pozwoli mi tam wrócić?). Pierwsze jest zrobione przez moją siostrę aparatem Zenith (tak, w pewnych aspektach jesteśmy podobne...ale w niewielu!), natomiast reszta NIE jest zniszczona/zła/wadliwa, tylko zrobiona moją cudowną, malutką Dianą Mini, czyli aparatem, który służy do zabawy w lomografię (co w praktyce można zrobić z każdym analogiem lub bardziej nowocześnie za pomocą Instagrama, ale jak jest mały różowy aparacik, to jest bardziej TO...), wiec trzeba wyczuć ich TEN klimat...





Photos above were taken by me. On the first one I am wearing Stradivarius shirt, Promod pants, Glitter sunglasses.



5 October 2013

Salut from Corsica!...



So I am back! I left sunny/hot/warm/wonderfull/amazing/awesome/gorgeous/etc.etc. Corsica and still I cannot find out why...Why did I come back to Poland just to be welcomed by five celsius degree and pouring rain, why? So I know why- that`s to realise what paradise is Corsica and for having the tickets for flight to Calvi already booked for next summer...

No i wreszcie po długiej przerwie jestem z powrotem! Opuściłam słoneczną/ciepłą/gorącą/cudowną/wspaniałą/etc.etc. Korsykę i wciąż nie mogę domyślić się, dlaczego...Dlaczego wróciłam do Polski, która przywitała mnie pięcioma stopniami `na plusie` i deszczem siekącym w szyby autobusu, dlaczego? A więc dlatego, żeby zdać sobie sprawę z tego jakim rajem na ziemi jest to miejsce i już rezerwować bilety na lot do Calvi na przyszłe wakacje...

 I am sure I`ve already told you about my love to sun rays, so you can guess that  for me the weather on that blessed island was almost like in heaven. Well,for the citizens 20 celsius degrees seemed to be a little too cold. Putting on a duvet jacket when sun is shining bright doesn`t appear to be weird on Corsica...

 Z pewnością opowiadałam już kiedyś o tym, jak bardzo ciepłolubnym człowiekiem jestem, nawet bardziej słoneczno-lubnym, o ile istnieje taki przymiotnik (o tej właściwości tez już wspominałam), więc możecie sobie wyobrazić moją radość kiedy rano do mojego pokoju wpadły pierwsze promienie słońca. Niezrażona porannym chłodem, wyszłam ubrana zdecydowanie "letnio". Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy na przystanku zobaczyłam Korsykan w puchowych kurtkach...
 It was just wonderful for me to be in a place where people finally noticed that mixing peach-colour and mint is a gorgeous thing. I would love to get lost in the labirynth of those alleys but unfortunatelly I was with a group...ding! ding! ding! Next reason why should I return to Corse: TO STROLL ALONE...and meet handsome Frenchman...but that`s the other thing ;)

Cudownie było znaleźć się w miejscu, gdzie ludzie zrozumieli jak zbawienne jest połączenie koloru miętowego z brzoskwiniowym i prawie wszystkie budynki pomalowali według tej zasady. Z chęcią po prostu zgubiłabym się w gąszczu tych uliczek z niebieskimi okiennicami, gdyby nie smutny fakt, że byłam tam z wycieczką...kolejny powód, by wrócić na Korsykę: POWŁÓCZYĆ SIĘ SAMEMU...i spotkać przystojnego francuza...ale to już życzenie z drugiej ręki ;)
ICE CREAM! ICE CREAM! ICE CREAM! Probably the biggest ones just after italian...for that delicacy I would be able to move to Corsica!
LODY! LODY! LODY! Chyba największe w świecie, zaraz obok Włoskich...dla tego przysmaku mogłabym zamieszkać na Korsyce!


And a bit of my wordrobe. Never mind that it was too cold to wear a pretty half of it...

I trochę mojej szafy. Nie przejmujmy się tym, że połowy z tych rzeczy nie mogłam włożyć na siebie ponieważ było za zimno...

And now I will share with you something that pleased me the best as soon as we reached the coast with a ferryboat: PALMS. I really fell in love with! There is no plant on Earth that can so well remind you that you are in the exotic/hot place where they never have snow (even if it suddenly appeared I would still feel summer...)!
Na koniec dzielę się z wami tym, co sprawiło mi największą przyjemność i wywoływało uśmiech na twarzy od kiedy tylko dobiliśmy promem do brzegu: PALMY. Pokochałam je dosłownie! Nie ma chyba drugiej rośliny, która by równie dobrze przypominała o tym, ze jest się w kraju, gdzie nie ma czegoś takiego jak śnieg (nawet jeśli by się pojawił, patrząc na palmy dalej czułabym lato...)!

And of course as photobox-madness still continue I cannot forget to put one photo, taken in long-sought photobox on Corsica. Believe me, I never had an idea that it can contain five people inside...

Oczywiście, jako, że gorączka fotobudek trwa, nie mogłam opuścić okazji do pokazania  kolejnego zdjęcia, zrobionego w wytrwale poszukiwanej budce na Korsyce. Wierzcie mi, nigdy nie myślałam, ze jest w stanie pomieścić pięć osób...
ALL DRAWINGS AND PHOTOS BY MYSELF


15 September 2013

Direction: La Corse...

 And again I have to leave you! This time I am leaving our cloudy and rainy weather for sunny Corsica! Where I will stay for not entire week trying my best to communicate with French people with who I will be living. I promise to get some photo-diary to warm you up!

I znów zostawiam Was, całą tą dziwną, ponurą pogodę, by zawitać tym razem na słoneczną Korsykę. Będę tam niecały tydzień spędzając czas na usiłowaniu porozumienia się z Francuzami, u których będę mieszkać. Życzcie mi powodzenia, obiecuję Wam foto-relację, żeby zrobiło się wam troszkę cieplej :)


P.S.
Yes, as you noticed my photographer has gone for several week, so I am torturing you with long, no-outfit-photos posts. Please, forgive me I will try to find out something more interesting...
P.S
Tak, jak zauważyliście, mój fotograf uciekł na parę tygodni, a ja zamęczam was teraz długimi, nic niewnoszącymi postami, bez zdjęć outfitowych. Przepraszam was za to, jak najszybciej postaram się wymyślić coś lepszego, a póki co, podoba mi się to `długie pisanie`...Bądźcie cierpliwi!

7 September 2013

Pas Petite Brunette is writting...


What is it about Cracow? Well, I would be able to spend hours wondering why I am so impressed ( or maybe `charmed` would be a proper word to put here) by this city...And honestly I would say that`s because I am from MY city. I am not telling you I hate my town, you just have to compare mine to our ex-capital of country and then you would understand, I am quite sure... Every chance to escape from those blocks of flats is a blessing for me in the summer. So I took a bus heading Cracow. 

 Co takiego sprawia, że kocham Kraków? Nie wiem. Godziny mogłabym spędzić rozmyślając nad tą tajemnicą. Zaraz, wiem. Chyba po prostu to, że mieszkam w Jastrzębiu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem zawziętym człowiekiem, który znienawidził swoje miasto i czeka tylko na błogosławiony dzień, w którym uda mu się opuścić rodzinne, zapuszczone strony. Nie. Musielibyście je zobaczyć i porównać  z dawną stolicą naszej Polski...albo, lepiej ich nie porównywać...z pewnością zrozumielibyście wtedy o czym mowa.
 
If you are from the big city, you will probably not understand me, but it is such a wonderfull expression when I am getting out of bus and  suddenly can here  lots of strange  languages that I can`t even identificate. And of course chinese people. However it sounds like I feel really worldwide when I see them moving around with their small cameras taking photos of everything that sourounds them. Meanwhile I feel I am in place really worth visit...

 Jeśli jesteście z dużego miasta (jak na przykład właśnie moje ukochane Kraków) możecie nie do końca zrozumieć to co teraz napiszę, albo uznacie mnie za wariatkę, ale uwielbiam to uczucie, gdy wychodzę z autobusu i po przejściu paru metrów na dworcu słyszę obce języki, których nawet nie potrafię nazwać, a czuję ich obecność, gdzie tylko się nie obrócę. I oczywiście Chińczycy/Japończycy/Koreańczycy (zawsze miałam problem z odróżnieniem ich od siebie) ze swoimi małymi, turystycznymi aparacikami przewieszonymi przez szyję, którymi uwieczniają na zdjęciach, wszystko, co tylko wpadnie im w oko. Jakkolwiek to brzmi, dzięki nim czuję się światowo i wiem, że w końcu jestem w miejscu, które warto odwiedzić...

First place we went for was a sacred place to everyone who loves sweet, baked goods, especially cupcakes. That is unbelievable how such a small thing can enchant you not to eat it!
For a pretty while I was just staring at, not able to even touch it. It was so good looking and simply cute little thing I would be pleased just by looking at!


 Pierwszym miejscem, które odwiedziłyśmy już na starym mieście, była świątynia ludzi uwielbiającym, wszelkie słodkości i cudowne wypieki, ściślej mówiąc, małe babeczki `cupcake`...Niesamowite jaki czar posiada w sobie to mikroskopijne cudeńko! Trzymając je w rękach świętokradztwem wydawało się chociaż dotknąć, a co dopiero POŻREĆ! Prawdopodobnie wystarczyłoby mi tylko patrzeć...

As I was with born-in-Cracow girl we went for trying several new things, in fact completely disconected to the city...
There is a thing about the coffe...Since I remember it was to me a sign of a good conversation, carried with a lovely, worth-talking-to person in small, pleasant and cosy cafeteria, keeping laughting and talking about exactly EVERYTHING...there was just one problem...also since I was a child I thought in an awfull way about being addicted to this drink and I really disliked it`s taste. However, watching all those coffe-labels growing bigger, people being more and more fascineted with them I was looking forward to an occasion to try one.... What came first to my
mind? Well, I wasn`t originall at all- it was Starbucks of course... As me, being myself, it is truly hard to admitt how much I fell in  love with it`s frappe! People may be used to their way how they ask you to come and recieve what you just ordered but to me it seem to be so nice, home-like way when they call you by your name!

Jako, że Kraków zwiedzałam z rodowitą krakowianką ;) ruszyłyśmy na podbój miasta, próbować nowych rzeczy/bądź czegokolwiek, czego jeszcze faktycznie nie robiłam, z tym, że jakimś trafem nic nie było związanego z Krakowem...
Mogę pisać o kawie...Od kiedy pamiętam kawa była dla mnie znakiem dobrej, szczerej rozmowy ze starym przyjacielem, któremu można powiedzieć o wszystkim, od historii miłosnych, po fascynujące opowieści o mięsie spalonym przed obiadem.Od zawsze prześladował mnie też jeden problem. Wprost nienawidziłam smaku tego `napoju`! Już nie wspominając o  POGARDZIE, dosłownie POGARDZIE -nie mogłam znaleźć innego, lepiej brzmiącego słowa, które byłoby w stanie określić mój wstręt do nawyku ludzi polegającego na piciu kawy codziennie rano/na drugie śniadanie/obiad/podwieczorek/kolację. O ile patrząc na wszystkie olbrzymie kawowe marki, które w ostatnim czasie, jak by to powiedział z pewnością mój dziadek, wyrosły jak grzyby po deszczu, stwierdziłam, że może czas coś zmienić i z niekłamaną niecierpliwością czekałam na najbliższą okazję odwiedzenia jednej z nich. Jaka mogła mi przyjść pierwsza do głowy? Cóż, nie byłam szczególnie oryginalna- oczywiście Starbucks. Ciężko, niesamowicie ciężko jest mi przyznać, że kompletnie straciłam głowę dla karmelowego frappe! To było najbardziej niespodziewane `zakochanie` jakie mogłam przeżyć tego dnia! Zabawne, bo od tego czasu kawa chodzi mi po głowie częściej niż kiedykolwiek bym o tym pomyślała...

Writting about drinks there is one more that came to my mind. BUBBLE TEA- the thing I don`t really know how to describe. Well, I`ll try. Imagine a juice with been-sized bubbles inside (of course in several flavours) floating there, inside and as you are trying to get them through the tube, trying hard to do this suddenly it is speeding straight into your throat. Yeah, that`s Bubble
Tea...However, worth trying... 

Skoro już napisałam wam mój elaborat o kawie (tak, jeśli napisałam o kawie więcej niż jedno zdanie, to już jest elaborat), to nie zapomnę wspomnieć o BUBBLE TEA...Co to za cudo? Ciężko o tym opowiedzieć, ale spróbuję. Wyobraźcie sobie, że pijecie całkiem smaczną herbatę, ale przez rurkę, która ma nieprzyzwoicie duży otwór, kompletnie niewygodny (przynajmniej dla mnie) w użyciu, ale to nie wszystko. Gdy spokojnie delektujecie się smakiem, nagle prosto do waszego gardła, z zawrotną prędkością wpada żelowa kulka wielkości groszku, jakby chciała przeprowadzić zamach na wasze życie. To jest właśnie BUBBLE TEA. Jakkolwiek to brzmi, warte spróbowania...

Then my always-empty-stomach became to be crying out `Feed me! Feed me!` so went to eat sth. We entered Charlotte. I was quite impressed by its look. Well, in fact it was like an oridinary restaurant, worth looking inside but as we went on we walk down the stairs, entered a big canteen-like-room to see its real look. I would describe the style as "IKEA`n", north-like, minimalistic. I recommend you to try Chevres-Chaud! Delicious one!
And just for the end I have to share sth with you! Fortunatelly my friend knew the place where they got a photo-machine, I mean a box you enter to make photos in a minute! What a fun! You can see the photos below! Enjoy!


Po całym dniu biegania od jednego miejsca do drugiego, mój wiecznie pusty żołądek zaczął wołać błagalnie "Jeść! Jeść!". Więc poszłyśmy do Charlotte. Byłam naprawdę pod wrażeniem tej kafejki/tego bistra, z zewnątrz wyglądającego z pewnością ciekawie, aczkolwiek swoje prawdziwe oblicze pokazującego dopiero po pokonaniu schodów wgłąb lokalu.  Styl opisałabym jako...IKEAński...(tak, właśnie poznaliście moją cudowną właściwość polegająca na tworzeniu rozmaitych, nieistniejących przymiotników), minimalistyczny. Gorąco polecam ich Chevres-Chaud! Na koniec chcę się z Wami podzielić pewnym znaleziskiem! Mając to szczęście, że Moja Krakuska znała błogosławione miejsce, w którym stała budka do robienia zdjęć oczywiście nie straciłyśmy okazji, żeby przeprawić się na tramwajem i zrobić sobie zdjęcie. Kto jeszcze nie próbował, niech to zrobi! Dawno się tak dobrze nie bawiłam, pomimo, że trwało to tylko jakieś 2 minuty...Poniżej fotorelacja, która mam nadzieję, się wam spodoba ;)
  

P.S. Photomachine is located in Kazimierz shopping mall, if you would be looking for ;)

P.S. 
Wyjątkowo długi post...jeśli przebrnęliście przez całe moje wypociny, wszystkim wam przyznaję złoty medal! A dla zainteresowanych, budka stoi w galerii Kazimierz...



ALL DRAWINGS BY MYSELF





30 August 2013

My 17th birthday!

ph. by Daria made by cellphone ;)
Today I am celebrating my 17th birthday! What an amazing feeling...finally this seventeen came to me and I feel confused about....16, that was sth- `sweet sixteen`...18-that would be sth...but 17? I don`t really know how to feel about...I hope that through the next year I will develop my blog into a proper look and that is my best birthday wish! Wish me good luck!

Dzisiaj obchodzę swoje 17 urodziny...co za dzień, co  za uczucia...tak do końca  nie wiem jak to odbierać...16- to zawsze było cos- słynny szał na `sweet sixteen`...18- to by było oczywiście coś, krok do przodu, a 17? Co za dziwny wiek...nic nie oznaczający. Mam tylko nadzieję, że przez kolejny rok uda mi się doprowadzić blog do odpowiedniego stanu. To jest chyba moje największe życzenie na tegoroczne urodziny. życzcie mi szczęścia ;)

P.S. 
Besides, I was celebrating it on my way to Gdańsk, in car exactly...but it was worth it. Maybe I will put some post about it here...

P.S.
Świętowałam jadąc w aucie do Gdańska, ale cóż, było warto. Czekajcie na relację na blogu...

2 August 2013

I'm on my way


I tak mamy kolejny post `podróżniczy`, pozwólcie, że tak go nazwę. Nie potrafię tego do końca zrozumieć, ale moja głowa największą inspirację upatruje chyba właśnie w podróżach tak więc tym razem dzielę się z wami już samym pakowaniem, nie jedynie wrażeniami z pobytu (etc. etc...) -czytaj "tak, tak, robimy postępy..."- bo musicie przyznać, że maleńkimi kroczkami zbliżamy się do faktycznego tematu dla zainteresowanych...w końcu, wreszcie pokazałam wam strzępek mojej szafy ;)

And so we have another, let me say, "travelling post". I can`t really explain it, but my mind finds the best inspiration in voyage I think, so this time I can even share with you not only experiences but also  the packaging, -read as ` oh, yes, yes...we`re making progress...`- because you have to admit that making small steps we are slowly moving closer and closer to real matter why  am I writting this blog...Though, I showed you finally a bit of my wardrobe ;)

all photos by myself
Mama będzie ze mnie dumna...jakkolwiek to zdanie zabrzmiało, chodzi mi jedynie o kolorystykę, jaką zapełniłam tym razem moją walizkę...od dobrych paru wyjazdów/wycieczek/czegokolwiek co wymagało ode mnie zapakowania paru ciuchów do walizki, słyszałam ciągłe narzekania o tym jak to ja ubieram się na czarno, jak smutno i "niemłodzieżowo" wyglądam...tak teraz proszę bardzo, wedle zaleceń: podróżując będę- z espadrylami kupionymi w miejscowym markecie, na szybko, przed samym wyjazdem- świecić czystą bielą, pudrowymi różami, odbijać słońce całą parą...

Mom will be proud of me...however it sounds like, it is only about the colors of  wardrobe that I choose to my suitcase...since last few trips/family travels/anything when I had to put some clothes into my bag, I heard so much complaints about my black-look, not-teenage-look...so now as they told me: travelling I will- with my shoes bought in nearest market, just before our departure- shine with my white clothes, powder pink, I will reflect sun rays with all my power...